Hitchcock na giełdzie
 Oceń wpis
   

Wydarzenia w Japonii układają się jak w filmie Hitchcocka: „najpierw jest trzęsienie ziemi, a później napięcie powoli wzrasta”. Po nie notowanych dotąd wstrząsach ziemi przyszło wyniszczające tsunami, teraz zaś nadchodzi groźny kryzys nuklearny wywołany awarią w jednej z elektrowni jądrowych.
 
Pierwsze reakcje rynków są bardzo wstrzemięźliwe. Giełdy wręcz udają, że nic się nie stało. Ale widocznie mają przypisaną rolę w innym akcie.
 
Takie złudzenie spokoju panowało nawet nie tak dawno - bo 11 września 2001 roku, zaraz po ataku na wieże WTT. Kiedy Nowy Jork pokrywał się tumanami kurzu, nikt nie był w stanie wyobrazić sobie, jaka czeka nas przyszłość. Przygnębieni komentatorzy deklarowali, że „nic nie będzie już takie samo”, ale nie widzieli, że gospodarka wchodzi w etap jeszcze większego spowolnienia, a wojna z Irakiem puka do drzwi. A jak zachowywały się giełdy akcji?
 
Giełdy w USA zostały zamknięte na 6 dni. Po otwarciu 17 września rynek zanurkował 7 %. W ciągu kilku dni stracił w sumie ponad 16%. Zaskakujące było to, że już półtora miesiąca później indeksy odrobiły z nawiązką całość strat po raz kolejny przekonując swoim zachowaniem, że „rzeczywiście nic się nie stało”.

W tamtym wrześniu giełda w Tokio pracowała bez przerwy. Jej reakcja na wydarzenia w USA była symboliczna – dzień po ataku spadła o 0,6%, a kilka dni później na jednej z sesji wzrosła o ponad 2%.
 
Podobnie warszawska giełda – spadła przez pierwsze dwa tygodnie około 6%, żeby przez kolejne 3 miesiące urosnąć - bagatela - blisko 40%.
 
Kursy akcji na większości giełd utrzymywały się na wysokim poziomie przez ponad pół roku i dopiero potem na scenę weszły niedźwiedzie powodując spadek cen trwający blisko rok. I dopiero wówczas odsłoniły się prawdziwe skutki finansowe ataków terrorystycznych.

Wydarzenia sprzed 9-ciu lat zwracają nam uwagę na to, że pierwsze reakcje rynku nie muszą uwzględniać skali problemu, przed jakim stoi świat. Wbrew oczekiwaniom teorii efektywnego rynku, giełdy nie od razu odczytują znaczenie takich globalnych informacji.
 
Największy kryzys, jaki dotknął trzecią gospodarkę świata, także  da o sobie znać na rynkach finansowych. Stanie się to w odpowiedniej skali i w odpowiednim momencie. Teraz nie znam nikogo, kto trafnie określiłby reakcję rynku na te wydarzenia.


źródło:
www.ventiakcje.pl

Komentarze (1)
Analiza popytu on-line !!!
 Oceń wpis
   

WIG zakończył tydzień na 3 procentowym plusie. Spółek, które były na 52 tygodniowym maksimum zanotowano 15 a na minimum 11. Ta wyliczanka jest o tyle ważna bo indeks WIG  w ciągu dnia wspinał się na poziomy najwyższe od ponad dwóch lat. Skoro giełda jest tak wysoko, to akcji które podążają za indeksem, powinno być sporo. Bo akcje podążają za indeksem  jak „panny za mundurem”. A ta wyliczanka temu przeczy.

Rynek w dalszym ciągu ma nastawienie histeryczne nie inwestycyjne. Widać było to doskonale po gwałtownym wzroście we czwartek, kiedy Wenezuela zamiast azylu dla Kadafiego zadeklarowała swoją rolę mediatora w konflikcie. Histeryczność rynków było też widać w piątek, kiedy czwartkowa euforia nagle wyparowała a amerykańskie indeksy spadały na łeb na szyję. Po krótkim namyśle winą za spadki obarczono ropę, której cena przekroczyła 104 dolary - najwyższy poziom od 29 miesięcy. Natomiast raport z amerykańskiego rynku pracy, lepszy od oczekiwań w ogóle nie został zauważony.

Oprócz tego, że rynek z jednego trendu gwałtownie wpada w drugi, to mam nieodparte wrażenie, że czas trwania tych trendów się skrócił. Trend długo terminowy na giełdzie trwa teraz od śniadania do pierwszego podwieczorku.
 Stosowanie strategii momentum (inwestowanie zgodnie z trendem) na takim rynku jest już nie tyle mało skuteczne, ale niezwykle zawodne. Kiedy kierunek już się ukształtuje i pojawi się jakaś jednolita reakcja, to do głosu dochodzą bardzo szybko kontraraianie, gasząc dopiero co rozpoczęty ruch. Jeżeli tak dalej pójdzie, to trend się zakończy zanim się narodzi.

To rozregulowanie rynku dobrze widać też na wskaźnikach badających popyt, jakie stosuje ventiakcje.pl. Popyt utrzymuje przewagę zaledwie kilka godzin. Po tym czasie, kiedy popyt wyschnie,  spółka spada  pod swoim ciężarem, często poniżej miejsca startu.

Sam popyt jest warunkiem koniecznym do powstania wzrostów.  Lecz nie wystarczającym. Oprócz popytu musi być coś jeszcze. Ale co?
Można się nad tym zastanawiać -  ale można też przystosować swoje zachowanie do zmieniającego się rynku. Skoro trendy są krótkie i rzadko trwają kilka dni, to może rozwiązaniem jest skrócenie perspektywy i analizowanie zmian popytu na bieżąco w trakcie sesji.

Taka analiza popytu on – line będzie możliwa na www.ventiakcje.pl  od przyszłego tygodnia.

źródło: www.ventiakcje.pl

Komentarze (0)
Ciśnienie oleju wzrasta.
 Oceń wpis
   

Pułkownik Kadafii obiecał umrzeć w walce, ale przedtem pokręcił kurkami przy ropie przez co płynne złoto kosztuje ponad 100 dolarów i jest najdroższe od października 2008 r. Dodatkowo w USA zrewidowano wzrost PKB z IV kwartału 2010 r. na 2,8% z poprzednich 3,2%.
Zalew złych informacji w ubiegłym tygodniu uderzył w rynki, które ugięły się pod ich ciężarem.

Jedno pytanie powtarza się nieustannie - co to będzie dalej? W takich momentach jest na nie szczególnie trudno odpowiedzieć, bo inwestorzy reagują jednolicie, w rytm pojawiających się informacji o wydarzeniach, na które nie mają wpływu.

Dla miłośników złotych proporcji wystarczy wyjaśnienie, że ten spadek jest trzecim spadkiem wynikającym z ogniska spirali zaczepionym w okresie pękania bańki internetowej w 2000 roku. Rozkładanie tej spirali wskazało, z miesięcznym opóźnieniem, silne spadki w październiku 2008 r. (więcej o tym w tekście z dnia 7 stycznia 2011: „Data krachu jest znana!”). Kolejny punkt krytyczny wskazywany był na drugą połowę stycznia.  Jako że odległość od ogniska jest coraz większa, zatem błąd prognozy może rosnąć. Jeżeli mamy rację, to spadki są dowodem na istnienie harmonii nie tylko w świecie przyrody ale i na giełdzie.
 
Ta prognoza pokazuje czas wydarzenia, ale niestety nic nie mówi o poziomach, do których nastąpią spadki. Jednak są dwie dobre wiadomości dla obawiających się głębokiego tąpnięcia. Pierwsza jest taka, że akcje nie trafiły na listy przebojów inwestycyjnych, tak jak zrobiły to złoto, kauczuk, ropa czy towary rolnicze. Zatem nie mają z czego spadać i nie ma co się doszukiwać pęknięcia bąbla, a tym bardziej końca świata dla akcji.
 
Druga dobra wiadomość jest taka, że wskaźnik nastrojów konsumentów w USA wzrósł do najwyższego poziomu od 3 lat, a to oznacza, że efekty łagodzenia polityki monetarnej, jaką stosował FED, schodzą pod strzechy. Dodrukowane dolary zaczynają być wydawane przez zadowolonych konsumentów na produkty i usługi liczące się w rachunku PKB. A to wpłynie na przychody i zyski firm, co da fundamentalne paliwo do wzrostów dla giełd.
 
Anatomia spadku na naszym rynku też pokazuje, że to raczej korekta. Inwestorzy stali się szczególnie zhomogenizowaną strukturą. Wskaźniki
Ventiakcje.pl w piątek, dla najbardziej aktywnych akcji, były bardzo jednorodne: kupowano wszystko jak  leci. Kilka dni wcześniej emocje były tak samo jednorodne – tyle tylko, że wszystko sprzedawano. Ta jednorodność i zmienność pokazuje, że na rynku panuje nastrój histeryczny a nie inwestycyjny. Dziś nagle  wszyscy w panice usiłują się przepchać przez wąskie drzwi z napisem „sprzedaż”, żeby jutro natychmiast rzucić się pędem do przeciskania  się w drzwiach kupna.
 
I tak będziemy się miotać od drzwi do drzwi, dopóki Kadafi nie spełni obietnicy lub nie uda się na emigrację choćby do Wenezueli lub Korei Północnej.

źródło: www.ventiakcje.pl

Komentarze (0)
Giełdowa mizeria
 Oceń wpis
   

Od początku roku indeks WIG spadł o 1,5%, podczas gdy w tym samym czasie giełda w Nowym Jorku wzrosła o 7%. Dla porównania Węgry, o których tyle złego mówiło się po „znacjonalizowaniu” tamtejszych OFE - wzrosły o ponad 5,5%!

 Z tego prostego zestawienia widać, że na świecie nie ma odwrotu kapitału od ryzykownych aktywów jakimi są akcje. Nie ma również odwrotu od rynków wschodzących. Jest za to odwrót od polskich akcji.

 Dlaczego tak się dzieje, skoro jeszcze nie tak dawno byliśmy nazywani Zieloną Wyspą? Za głównego winowajcę można uznać procedurę wobec nadmiernego deficytu, którą Unia wszczęła wobec Polski. Taka procedura nie jest otwiera mechanicznie wobec krajów, których deficyt budżetowy przekroczył 3%. Otwierana jest jednak wówczas, kiedy przekroczenie uważane jest za trwałe i chroniczne. A tak właśnie świat zaczął oceniać nasz deficyt. Taką ocenę wystawiają nam nie tylko unijni politycy, ale też zagraniczni inwestorzy.

Istnienie związku między słabością polskiej giełdy a procedurą nadmiernego deficytu potwierdza jeszcze jedna poszlaka. Największy jednosesyjny spadek w tym roku nastąpił zaraz po wyjeździe z Polski unijnego komisarza ds. gospodarczo-walutowych, który rozmawiał z premierem o sposobie zasypywania dziury budżetowej. Komisarz widocznie wywiózł ze sobą nie najlepszą opinię, bowiem w czwartek sprowokowała ona inwestorów do ucieczki z Polski.

 Wskaźniki Ventiakcje.pl pokazują, że dotychczasowe lokomotywy hossy są dystrybuowane od dłuższego czasu. Akcji KGHM sprzedano od początku roku 3,6 miliona sztuk więcej niż kupiono. Sesje, na których akcje kupowano, było zaledwie 4 na 35 jakie mieliśmy od początku roku. W tym samym czasie akcji PKOBP sprzedano 4,5 miliona sztuk. W ostatni piątek, mimo że indeksy wzrosły, wskaźnik VIR spadał a to oznacza, że akcje były generalnie dalej wyprzedawane.

Tymczasem drobni polscy inwestorzy znaleźli swoją niszę na spółkach, które można szybko „rozhuśtać”. Jest coraz więcej spółek, które szybko i gwałtownie rosną, żeby później szybko spaść: Celtic, DGA, Petrolivest to tylko ich mała próbka.

Stan rynku dobrze oddaje opis klasycznego przesilenia, kiedy to duzi, dobrze poinformowani inwestorzy sprzedają akcje a mali je kupują.

Nie musi to oznaczać spadków. Wystarczy, że minister Rostowski przekona komisarza, że działania rządu będą skuteczne i procedurę nadmiernego deficytu można zakończyć. Wówczas wrócimy do poruszania się w rytm giełd światowych.

źródło: www.ventiakcje.pl

Komentarze (2)
Jak to z Petrolivestem było?
 Oceń wpis
   

Prawdziwy smak gorączki złota poczuli spekulujący na wiadomości, że do ropy może być kilka
Wzrost kursu o 100% w dwa dni ucieszył każdego. Ale za to spadek o 50% uruchomił mechanizm szukania winnych i chęć rozliczania tych co na tym zarobili.
 
Inwestowanie w branżę poszukiwań ropy przypomina totolotek. W XIX wieku nic niewarta farma w Pensylwani gdzie znaleziono pierwsze złoża ropy, w mgnieniu oka zdrożała do1,3 milionów ówczesnych dolarów. Po kilku miesiącach cena wzrosła do 2 milionów. Kiedy ropa się skończyła, cena działki spadła do ...4 dolarów i 37 centów.
 
Kiedy poszukiwania ropy nie przynosiły efektów Petrolivest ciągle spadał. Od początku notowań stracił ponad 98%! W tej konkurencji lepsze są tylko spółki internetowe, spadające po bańce informatycznej. Kiedy tylko chociaż trochę czuć ropę – Petrolivest błyskawicznie rośnie.
 
Nie tylko złoto i ropa rozpalają wyobraźnie inwestorów.  Kilka tygodni temu mini bańkę spekulacyjną zafundowała spółka DGA informując o rewelacyjnym urządzeniu diagnozującym raka. Szał ogarnął inwestorów powodując prawie trzykrotny wzrost. Emocje wypaliły się błyskawicznie, kiedy główni udziałowcy postanowili „zmonetaryzować” swoją pracę.
 
Na akcjach Petrolinvestu trudno doszukać się transakcji osób lepiej poinformowanych. Badając handel metodami jakie stosuje Ventiakcje.pl widać, że tuż przed wzrostem dominowali sprzedający. Tydzień przed wybiciem sprzedaży było 70% więcej niż kupna. Wskaźnik VIA był ujemny. A to oznacza, że nie było zainteresowania kupnem.
 
Niekiedy można poznać ukrytego kupca, gdy na rynku zdominowanym przez podaż cena akcji już dalej nie spada. To znaczy, że pojawił się cierpliwie przejmujący papiery od zrezygnowanych. Ale cena Petrolinvestu w tym poprzedzającym okresie ciągle spadała notując historyczne minima. Wiec też nie mam mowy, że  „ktoś wiedział”.
 
Ko więc za tym stoi? Nasza ludzka natura. Bo tam gdzie mamy do czynienia ze złotem, lekiem na raka czy  ropą, łatwo dopuszczamy do głosu chciwość. Skok ceny w ostatni piątek pokazuje duży  potencjał emocji jaki generuje  „Król ropy”.  Taka jest specyfika tego sektora. I taka będzie, aż do bankructwa lub znalezienia ropy.

źródło: www.ventiakcje.pl

Komentarze (0)
CAN SLIM w teorii i praktyce
 Oceń wpis
   

William O`Neil inwestor równie skuteczny jak Warren Buffet, stosuje unikalną metodę selekcji akcji zwaną CAN SLIM. Pod każdą z 7 liter anagramu CAN SLIM ukrywa się jeden warunek jakie powinny spełnić spółki z największym potencjałem wzrostu. Dużo jest warunków fundamentalnych, związanych  z dynamiką zysków i sprzedaży. Ale litera „L” kryje warunek najważniejszy, który decyduje o skuteczności metody.

Warunek ”L” jak Laeder or Laggard  (lidder czy maruder) zaleca kupowanie spółek, których wskaźnik względnej siły (RS) jest wysoki.  Najlepiej mający wartość powyżej 70, bo to oznacza, że stopa zwrotu uzyskana w ostatnim okresie jest większa od stóp zwrotu 70 % pozostałych spółek. Kupuj więc akcje spółek nie tylko o fantastycznych fundamentach ale  takich, których akcje zachowują się odpowiednio  i są liderami wzrostów. Akcje maruderów po prostu sprzedawaj, choćby fundamenty miały wspaniałe.

Nie wystarczy znaleźć dobra spółkę. Nic na niej nie zarobisz dopóki inni uczestnicy rynku jej nie zauważą.

William O`Neil opracował ten warunek na długo przed tym jak zostało opisane zjawisko autokorelacji.  Autokorelacja znaczy tyle, że ceny akcji są skorelowane same ze sobą. Jeżeli coś jest dobre to będzie dobre dalej a słabe będzie dalej słabe. Jest to sprzeczne z teorią efektywnego rynku, która przekonuje nas, że stopy zwrotu są całkowicie przypadkowe. Ale dawno temu też uważano, że ziemia jest płaska.

Istnieje proste wytłumaczenie zjawiska autokorelacji – spółki na giełdzie są analizowane przez setki analityków i inwestorów.  Jeżeli spółka jest ciekawa,  to ją kupują powodując wzrost cen. I odwrotnie, jeżeli  spółka jest zła to kupujący będą omijali ją z daleka.

Tak naprawdę nie wiem czy skuteczność metody CAN SLIM O`Niela wynika z tego, ze wybiera się spółki, które są fantastyczne pod względem fundamentalnym czy dlatego, że wybiera się spółki zauważone już wcześniej przez innych inwestorów.  

Tak czy siak, warto patrzeć na „L” korzystając chociażby z serwisu www.ventiakcje.pl . Tam po zalogowaniu, możesz poznać miedzy innymi wskaźnik RS dla każdej spółki.

Wtedy już wiesz czy spółkę znalazłeś ty sam czy też interesują się nią inni.

źródło: www.ventiakcje.pl

Komentarze (0)
Trzy warunki sukcesu na giełdzie.
 Oceń wpis
   

Zastanawiałeś  się dlaczego niektórzy ludzie zarabiają na giełdzie naprawdę duże pieniądze?  Bo do inwestowania używają  wyjątkowych i mało spopularyzowanych metod analizy.  Jeżeli sposób analizowania jest już powszechnie używany, to zgodnie z maksymą „większość nie ma racji”, przestaje być skuteczny!
Takie było główne przemyślenie, kiedy zastanawialiśmy się nad tym w czasie pracy  nad rozruchem portalu analitycznego
www.ventiakcje.pl . Właśnie ten serwis, będzie zajmował się nowym sposobem analizy akcji. Analiza będzie oparta na badaniu najbardziej podstawowych czynników wpływających na zachowanie kursów – popytu i podaży.
Drugim warunkiem jest posiadanie własnego unikalnego systemu zawierania transakcji. Sposób transakcji powinien być jest dopasowany do osobowości gracza giełdowego i pasować do niego jak „rękawiczka do dłoni”. Zwróćmy uwagę chociażby na częstotliwość zawierania transakcji - inwestor mający duży temperament  będzie się nudził realizując transakcje raz na kilka dni i szybko taką metodę inwestowania porzuci.  I odwrotnie, spokojny inwestor dostałby zawału gdyby miał handlować kilka razy dziennie.
Trzecim warunkiem jest konsekwencja w działaniu. Każdy o niej słyszał ale nie każdy jest w stanie konsekwentnie postępować. Trudno jest zawierać transakcje tylko te co wynikają z metody, bo codziennie jesteśmy bombardowani ekscytującymi informacjami.  Do głosu dochodzą nasze emocje. I inwestowanie wymyka się spod kontroli. W wtedy wyniki stają się o wiele gorsze, niż te osiągane  metodą losową.
Mimo, że recepta na sukces jest ogólnie znana osiągnąć go w jest niezwykle trudno. Bo inwestorowi brakuje albo konsekwencji w działaniu, albo unikalnego sytemu. A najczęściej brakuje  inspiracji czy pomysłu na unikalny sposób analizy rynku.

Teraz już ją masz dzięki www.ventiakcje.pl 

Komentarze (0)
Manewr gospodarczy jak za Gierka
 Oceń wpis
   

Budżetowe buty robią się coraz bardziej ciasne a garb długu za mocno przygniata, skoro liberalny rząd przeprowadził aksamitny zamach na własność prywatną zgromadzoną w OFE. Zrobił to zaraz po zapowiedzi rezygnacji budowy niektórych dróg i autostrad, bo podobno nie ma środków na wkład własny.
 
Gierek budował drugą Polskę ze pomocą kredytów „samo-spłat”, które polegają na tym, że pożyczamy od kapitalistów, budujemy fabrykę, produkty sprzedajemy za granicę uzyskując środki na spłatę kredytu. Po sześciu latach rządzenia, zauważył ze zakłady nie generują tylu twardych walut, żeby wystarczyło na spłaty rat. Zamiast tego kredyty wzbudziły  inflację. W tych warunkach władze zdecydowały się w czerwcu 1976 r. na śmiały manewr gospodarczy polegający na podniesieniu cen żywności. Propaganda sukcesu (PS) pokazywała ciągle, że jesteśmy 10-tą potęgą świata.
 
Dziś budujemy kolejną Rzeczpospolitą. O kilku lat stoimy tuż pod granicą przekroczenia konstytucyjnego progu wielkości zadłużenia. Jego przekroczenie skutkuje obowiązkiem przygotowaniem budżetu bez deficytu. A to oznacza ciecia, ciecia i jeszcze raz cięcia. Stąd ten śmiały manewr. A  Public Ralation (PR) ukazuje kraj jako Zieloną Wyspę, na wzburzonym morzu kryzysu.
 
Ta analogia nasuwa myśl, że przed nami jest ryzyko dużych zmian i gwałtownych wstrząsów o charakterze fundamentalnym. Wywołanych zawsze tym samym – czyli długiem.
 
To właśnie ryzyko zostało chyba uświadomione i wyartykuowane w kilku pokojach narad wielkich funduszy. Stąd silne spadki tylko na naszej giełdzie.

źródło: www.ventiakcje.pl

Komentarze (0)
Data krachu jest znana !
 Oceń wpis
   

Są ludzie, którzy potrafią skutecznie przewidywać wydarzenia giełdowe. Warto się od nich uczyć. Bo uczyć się trzeba choćby od diabła. Takim  giełdowym diabłem jest amerykański analityk, który przewidział krach w październiku 1987 roku. Metodę, którą się posługiwał omówiłem we wpisie z 29 listopada „Jak przygotować się na krach?”.
 
Używając jego metody obliczyliśmy, że ryzyko załamania niesie ze sobą dzień 6 lipca 2011 roku. Ta data występuje w pewnej złożonej proporcji czasowej, w stosunku do krachu jaki miał miejsce na Dalekim Wschodzie 27 października 1997 r.
 
Styczeń tego roku nie jest wolny od takich groźnych dat. Nadchodzi dzień,  który jest w podobnej proporcji czasowej do silnego załamania jaki miał miejsce po pęknięciu bąbla internetowego na wiosnę  2 000 roku.
 
Co ciekawe - to załamanie w 2000 roku, było już raz punktem zaczepienia skutecznej prognozy. Wskazało już jeden niebezpieczny okres – przełom września i października 2008 roku kiedy upadł ban Lehman Brothers i zaczął się największy kryzys od 1929 roku.
 
Wówczas do prognozy zastosowaliśmy liczbę Fibonnaciego o wartości 10 946. Następną w kolejności  liczbą jest 17 711. Jeżeli zastosujemy tą właśnie liczbę w procedurze liczenia o której mówiłem we wcześniejszym wpisie, to niebezpieczna data wypadnie za kilkanaście dni -  17 stycznia 2011 roku.
 
Należy pamiętać, że poprzednie załamanie w 2008 roku  zostało wskazane niezbyt dokładnie bo na 25 września – a spadki zaczęły się później: 2 października i trwały do 24 października.
 
Niektóre załamania, jak np. to w 1987 roku, mają dni gwałtownych spadów, które można nazwać „Czarnym wtorkiem”, czy „Czarnym piątkiem”. Takie wyraźne dni świetnie nadają się do zaczepienia punku startowego. Natomiast pęknięcie bąbla Internetowego następowała stosunkowo powoli, i nie miało swojego „czarnego dnia”. Dlatego punkt startowy 14 kwietnia 2000 r. wybrałem uznaniowo – jest to koniec tygodnia, w którym NASDAU spadł o jedną czwartą.
 
Poza tym nie wiem na ile to samo początkowe wydarzenie może wskazać dwa razy pod rząd załamania.
 
Nie twierdzę, że załamanie nastąpi – ale jeżeli nastąpi to najbardziej odpowiednim dniem jest 17 stycznia, lub kilkanaście dni później. Wyjaśni się to najdalej do końca lutego – bo wówczas są niezwykle ciekawe zjawiska, które zapowiadają zupełnie inną jakość.

źródło: www.ventiakcje.pl

Komentarze (2)
Walutowy poker
 Oceń wpis
   

O rozpadzie strefy euro nie krzyczy już tylko garsta ekstremistów, ale racjonalnie przekonują nobliwe autorytety. Doktor Zagłada, czyli Nouriel Roubini, ekonomista, który trafnie przewidział obecny kryzys, szacuje prawdopodobieństwo  rozpadu euro do końca 2012 roku na poziomie 35 %. Dla porównania, w pokerze szansa, że dwie karty, które otrzymasz będą w tym samym kolorze wynosi 23,5%.
 
Kryzys w 2008 roku obnażył rozbieżność pomysłów na naprawę finansów. Drukarz Bernanke uruchamia maszyny i tłoczy nowe dolary, w takiej ilości w jakiej uważa, że  trzeba. Strefa euro idzie drogą zaciskana pasa i likwidowania deficytów budżetowych. Byłaby to ciekawa droga, gdyby Europa nie dostawała z zaskoczenia ciosów w bok od Grecji i Irlandii.
 
Z pierwszej Wojny Światowej europejskie mocarstwa wyszły górą papierowego pieniądza wydrukowanego do finansowania wojny, z dużą dziurą budżetową – słowem w kryzysie.
 
Wielka Brytania dążyła do jak najszybszego powrotu złotego parytetu na poziomie sprzed wojny. Wymagało to zmniejszenia ilości  pieniądza w obiegu. Zaciskanie pasa w latach 1920 1921 spowodowało spadek cen o 50% i wzrost kursu funta z 3,20  do 4,30 za dolara. Zapłaciła za to najwyższą w Europie stopą bezrobocia a także upadkiem przemysłu tekstylnego, stoczniowego i węglowego w środkowej Anglii. Brytyjczycy mieli zdrowy pieniądz ale chorą gospodarkę.
 
Francja wybrała dla swojej waluty drogę inflacji i dostarczała kolejne partie świeżego pieniądza. Zawdzięcza temu szybką odbudowę obszarów zniszczonych przez wojnę, zaktywizowanie gospodarki i bezrobocie na poziomie 3%.
 
Niemcy w drukowaniu pieniądza poszły jeszcze dalej niż Francja. Kierowane być może niechęcią do wywiązywania się z reparacji, przesadziły z drukiem marek. Gotówka otrzymana  początku grudnia 1923 roku traciła do końca miesiąca 90% wartości! Kawa pita w restauracji podwoiła swoją wartość w czasie jej konsumpcji! Hiperinflacja pozbawiła całkowicie majątku klasę średnią a także ułatwiła dojście Hitlera do władzy. Tą lekcję z nadmiarem gotówki, którą Niemcy mocno pamiętają.
 
Europejski fundusz stabilizacyjny liczy 750 mld euro. Czy to wystarczy na ratowanie zadłużonej na 560 mld euro Hiszpanii, i zadłużonych na 1,7 bln euro Włoch?  Jeżeli nie wystarczy, to czy ruszą w Europie  maszyny drukarskie jak za oceanem?  Historycznie wydaje mi się mało prawdopodobne, że Niemcy zgodzą się na drukowanie pustego euro. Szybciej wystąpią ze strefy niż będą chciały powtarzać lekcję z lat 20-tych.
 
Po rozpadzie strefy euro waluty peryferyjnej Europy będą tracić na wartości. Waluta Niemiec będzie rosnąc. Jeżeli Niemcy utrzymają dyscyplinę budżetową i nie uruchomią drukarek, to rozwodniony dolar będzie musiał się skonfrontować z nową marką. Może dojść nie tyle do szybkiego zmiany kursu marki jak funta w latach 20-tych ale też do przesilenia i powstania nowej waluty ucieczki.
 
W tym walutowym pokerze nie my rozdajemy karty – ale my możemy grać. Niestety nikt nie potrafi określić szansy na wygraną.

źródło: www.ventiakcje.pl

 

Komentarze (0)
1 | 2 | 3 | 4 | 5 |
Najnowsze wpisy
2011-03-14 14:19 Hitchcock na giełdzie
Najnowsze komentarze
2013-08-16 06:41
banki_:
Wrześniowe spadki - na przekór historii ?
Argument statystyczny warto brać pod uwagę dopóki diametralnie nie zmieni się otoczenie.
2011-06-18 07:04
pablo7:
Jak przygotować się na krach ?
6.07 zbliza sie wielkimi krokami czy to bedzie sadny dzien dla gieldy panie Jozefie pozdrawiam
2011-03-18 16:12
kredyt bez bik:
Hitchcock na giełdzie
"Giełdy wręcz udają, że nic się nie stało." - Dokładnie tak, znakomite określenie. To cisza[...]
O mnie
Józef Rąpała
Główny Analityk Rynku Akcji - VentiAkcje.pl
Kategorie
Inwestowanie